Tagi

Nathan Fillion

Przesympatyczny kanadyjski aktor, najczęściej kojarzony z rolą Malcolma Reynoldsa, kapitana statku kosmicznego Serenity, jednego z głównych bohaterów serialu Firefly oraz Richarda Castle, tytułowego bohatera serialu o autorze kryminałów, który wspiera policję w rozwiązywaniu najróżniejszych zagadek, w nocnym wpisie na swoim twitterze zapragnął swojego własnego muzycznego motywu przewodniego. Co z tego wynikło?

Około godziny 24:00 polskiego czasu Fillion napisał:

I want my own theme song. Original. Short and long versions. Write music? Post it. Let’s hear.

Chwilę później dodał:

For clarification: My own theme song. Not Mal’s, Hammer’s, Castle’s or others. Original means… um, …original.

W wolnym tłumaczeniu aktor zapragnął dowolnego motywu przewodniego, obojętnie czy w wersji długiej czy krótkiej. I sprecyzował, że nie chodzi mu o motyw gloryfikujący jednego z bohaterów, w których się wcielił, ale o jego własny, oryginalny. Tylko dla niego. I gdyby powiedział to ktoś inny, ludzie zapewne wyśmiali by pomysł, pukając się w czoło i oskarżając tę osobę o megalomanie i narcyzm. Ale powiedział to Fillion – znany z przyjaznego usposobienia i charakterystycznego wyluzowania. Uderzył w swój twitterowy stół i odezwały się nożyce.

Pierwszy retweetowany przez Nathana kawałek to raczej niewinna próba, nagrana na domowym, mikrofonie przez zakochaną w nim fankę, już w kilkadziesiąt minut po pierwszym jego tweecie:

Następny kawałek był gotowy już w chwilę potem – tym razem nieco bardziej spektakularny, albowiem opublikowany wraz z teledyskiem, przedstawiającym fragmenty z serialu Castle. W ucho wpadnie słuchaczom na pewno powtarzająca się fraza „Nathan Fillion – he’s one in a million”, gdzie milion zamieniany jest później na nieco większe, wymyślniejsze sumy. Trochę kiczowate, ale ma w sobie to coś:

Kolejny utwór wybrany przez Kanadyjczyka, to już piosenka bardziej przypominająca motyw przewodni. Krótkie, zabawne i rymuje się z milion – a to chyba najważniejsze. Szczerze mówiąc, jak na razie moja ulubiona praca. Who is this man who ladies all adore?

Następny utwór to właściwie dżingiel, który Fillion mógłby używać we własnym talk-show. Najkrótszy ze wszystkich, może nie najlepszy, ale na pewno najzabawniejszy. [osadzenie tego pliku było troszkę kłopotliwe, ale po kliknięciu na pewno da się go wysłuchać]

Kolejny motyw przewodni to czysta amatorka, chyba najsłabszy w zestawieniu. Brzmi jak piosenka z śpiewana przez ucznia zerówki z ADHD w latach ’80. Ale Nathanowi nawet to się podoba:

Jeszcze jeden utwór, ale tym razem z widocznym wokalistą. Nathan uznał, że spośród wszystkich nadesłanych utworów ten zawiera scenę najlepszego zakończenia i wyjścia poza kadr. Sama piosenka jest żenująco słaba, tak jak powyższa:

Ponownie lata ’80, ale tym razem w nieco innym wykonaniu. Nieco homoseksualne, śpiewane przez faceta, a słowa tej piosenki to „Nathan Fillion. / Captain of your heart. / Nathan Fillion. / Riding to the stars. / Take us along. / Captain of your heart.” Dziwnie się czuję słuchając tego:

Następna w kolejności jest wersja czysto instrumentalna. Powiem szczerze, że brzmi nawet nieźle, pomimo swego kilkubitowego pochodzenia. The power of MIDI. Warto posłuchać:

I powrót do kobiecych fascynacji naszym ulubionym Kanadyjczykiem. Siaba-da-bu, Siaba-da-ba Nathan Fillion etc. Idzie na łatwiznę, ale ma w sobie to coś. No i kończy się łamaniem serca.

I, na zakończenie, jeszcze jeden szort. „He may not be an actor, but plays one on TV!”

Jak do tej pory to wszystkie wspomniane przez Nathana Filliona utwory. Zapewne powstało ich przez te 24 godziny jakieś kilka tysięcy i w zasadzie to świadczy o prawdziwym statusie gwiazdy. A nie bezsensowne artykuły w prasie brukowej czy durnowate wpisy na Pudelku. Nathan Fillion FTW!

Reklamy